• Parę słów wstępu
  • Zarys wycieczki
  • Titanic Beach i okolice
  • Styczniowa aura
  • Lokalne atrakcje
  • Porady ogólne

  •    Księga Gości i komentarze

    Strona Główna

    (c) xaltuton 2013
    HURGHADA

    Lokalne atrakcje





           Lokalne atrakcje (pomijam te wewnętrzne, hotelowe - a więc animacje, baseny, zjeżdżalnie itp., czyli to wszystko o czym wspomniałem przy okazji opisu hotelu) to przede wszystkim quady lub jeepy po pustyni (później wielbłądy i wioska beduińska), wycieczki do Luksoru i Kairu, snurkowanie, nurkowanie, loty spadochronem za motorówką (parasailing), statki ze szklanym dnem czy też łódź podwodna. Część z nich wydała nam się interesująca i postanowiliśmy coś wybrać z tej bogatej oferty. I tutaj zaczyna się właściwy opis...
           Otóż będąc w hotelu możemy jedną z takich wycieczek wykupić u naszego rezydenta, właściwie to jeszcze w Polsce przed wylotem możemy sobie poczytać w katalogu biura podróży co nam oferuje na miejscu. Wycieczki są opcjonalne, nikt nas do niczego nie zmusza, ale w katalogu są opisane tak cudownie, że wydaje się nam, że na wszystkie chcemy pojechać :-) Więc gdy tylko w hotelu rezydent zaczyna robić zapisy, ludzie często płacą i wpisują się na listę. I wszystko byłoby pięknie gdyby nie to, że ceny tych wycieczek nie są wcale małe. Oczywiście są pewne tego zalety, bo np. biuro podróży gwarantuje nam polskiego przewodnika, odbiór bezpośrednio z recepcji, więc jest to bardzo wygodne, a dla ludzi nie znających języka - łatwe i bez ryzyka. Nauczeni jednak doświadczeniem postanowiliśmy we własnym zakresie skonfrontować oferty u rezydenta z ofertami lokalnych biur, a szczególnie porównać ceny...

    W beduińskiej wiosce.
           Długo nie trzeba było szukać - otóż w Hurghadzie istnieje parę lokalnych biur, które organizują wycieczki hotelowym turystom. My w sumie skorzystaliśmy z ofert dwóch: www.majatours.pl) oraz www.egipt-wakacje.pl) W pierwszej wykupiliśmy nurkowanie, w drugiej wycieczkę quadami po pustyni, wyjazd do Luksoru oraz parasailing. Jako gratis dostaliśmy city tour, czyli krótką wycieczkę po mieście. Z Itaki zaś wzięliśmy żeglowanie katamaranem połączone ze snurkowaniem na rafach (wydało nam się interesujące, a tylko Itaka miała taką ofertę). Różnice w cenie były dość spore na korzyść lokalnych biur. Przykładowo Luksor w Itace kosztował 90$, a znaleźliśmy ofertę za 60$. Nurkowanie w klubie płetwonurskim Deep Divers 40$, w Itace (w innym) - 75$. Oczywiście mogłoby się wydawać, że za ceną idzie jakość usługi, ale wcale nie jestem o tym przekonany, raczej jest mniej pośredników czy też marży po drodze. Dlaczego tak myślę? Weźmy przykładowo taką wycieczkę do Luksoru. Wyjazd autokarem mamy w niedzielę, po drodze zatrzymujemy się i widzimy autokar, w którym jadą ludzie od rezydenta naszego biura podróży... też do Luksoru. Na miejscu także ich spotykamy, ponieważ program zwiedzania u wszystkich jest bardzo podobny (nawet jeśli w opisie wycieczki są jakieś różnice, potem na miejscu i tak się zacierają). W trakcie zwiedzania Luksoru w pewnym momencie następuje nawet połączenie grup i korzystamy zamiennie z transportu... Mamy również przewodnika, który mówi po polsku i jest cały czas z naszą grupą. Co więcej, nawet powrót następuje w podobnych godzinach. A różnica w cenie jednak spora... ale żeby być jednak sprawiedliwym i oddać cały obraz sytuacji, to przewodnik z Itaki mówił lepiej po polsku i być może przez to mogł więcej opowiedzieć... ale to tylko być może, bo tego nie wiem i nie mam dłuższego porównania (opieram się tylko na paruminutowej obserwacji tego co mówił). Do Was jednak należy decyzja, czy wolicie wykupić wycieczkę na miejscu w hotelu u rezydenta czy jednak zdecydujecie się zamówić ją w lokalnym biurze. Ja polecam to drugie rozwiązanie. A jak to zrobić?

    Autor przed wyprawą :-)
           Bardzo prosto. Wysyłamy SMSa na podany numer telefonu, w SMSie podajemy nazwę hotelu, w którym mieszkamy, numer pokoju oraz godzinę, o której ktoś z biura może przedzwonić. O ustalonej godzinie powinniśmy uslyszeć dzwonek... (dzwonią dość punktualnie) i po polsku możemy ustalać co i kiedy nas interesuje. Umawiamy się na wycieczkę i jesteśmy informowani (od razu lub nieco poźniej SMSem), o której godzinie musimy pojawić się przed hotelem. I to wszystko. Nie musimy się martwić dojazdem, biuro wysyła do naszego hotelu busa, lub jeśli jest mało osób, to samochód osobowy, a naszym zadaniem jest tylko wyjść o określonej porze przed hotel. Dużą zaletą, o której warto wspomnieć, jest to, że nie musimy robić żadnych przedpłat, a pieniądze przekazujemy dopiero kierowcy w dniu realizacji (u rezydenta zaś musimy zapłacić wcześniej i jeśli zrezygnujemy, poniesiemy część kosztów). Po wycieczce jesteśmy z powrotem odstawiani pod hotel, więc nie musimy się o to martwić. Jeśli wycieczka jest dłuższa, mamy też zazwyczaj zapewniony posiłek.
           Generalnie z czystym sumieniem mogę polecić korzystanie z usług lokalnych biur (na pewno tych dwóch, które wymieniłem wcześniej), zawsze do nas oddzwaniały sympatyczne Polki :-) i nie miała miejsca sytuacja, że pomimo telefonicznej umowy nikt po nas nie przyjechał. Pod tym kątem biura spisały się bardzo dobrze. Również realizacja planu wycieczek nie pozostawia wiele do życzenia, chociaż o paru kwestiach (i niedociągnięciach) chciałbym tutaj wspomnieć. Podam też parę praktycznych rad.


    Trasa quadów.

           Quady po pustyni do beduińskiej wioski. Atrakcja w założeniu duża i obiecująca mnóstwo wrażeń. Szukaliśmy oferty, która zapewni nam więcej jazdy kosztem niepotrzebnych dodatków, dlatego wybraliśmy wersję bez pokazu tańców brzucha oraz oglądania gwiazd przez teleskopy; cena 28$ od osoby. Niestety, ale z powodu nieco niefortunnego sformułowania na stronie www oraz naszemu niedopytaniu przez telefon, wycieczka nie była do końca taka, jaką sobie wyobraziliśmy. Ale i tak byliśmy zadowoleni.... Z rana oczywiście odebrano nas z hotelu, potem krótki transfer samochodem na pustynię do miejsca nazwanego Safari Land. Safari Land to tak naprawdę trochę rozrzuconych na piaskach budynków, w tym miejscu swój start ma wiele organizatorów quad safari i prawdopodobnie niezależnie gdzie wykupicie quady, i tak Was tu przywiozą, tylko start będzie z pod innego baraku... Już przy wjeździe widać mnóstwo czekających i jeżdżących quadów, prawdziwa "quadowa" wioska. Nasze miejsce startu jest przy ostatnim budynku, tuż przed wyjazdem na pustynię.


    Beduińska wioska, do której dojechaliśmy na quadach.

           Ubieramy chusty na głowę szczelnie zakrywając nimi usta i nos - pomaga nam w tym tubylec umiejętnie zawiązując je na swój arabski sposób. W tym miejscu parę praktycznych uwag. Po pierwsze bardzo się przydadzą okulary oraz wcześniej wspomniana "arafatka". Quadami trzeba jechać jeden za drugim i piasek z pod kół potrafi sypać niemiłosiernie. Podczas naszej jazdy wiatr znosił pył na bok, a i tak potem kieszenie były w piasku, a bluza wyglądała jakby nie była prana od roku... Po drugie kwestia butów. Ja byłem w pełnych i piach był w środku, myślę, że lepsze będą sandały, tym bardziej, że quad przed nogami ma osłony i piasek nie będzie bezpośrednio uderzał w stopy. Co do wierzchniego okrycia to w styczniu przed południem było dość chłodno, w bluzce z krótkim rękawem raczej będzie za zimno, zwłaszcza, że takim quadem można dość szybko pojechać. Mowię tutaj o samej jeździe, bo po zejściu z quada na pustyni jest wystarczjąco ciepło, żeby chodzić rozebranym. W każdym bądź razie niezależnie co ubierzecie, przygotujcie się później na duże trzepanie ubrań :-)

    Beduiński Super Market w wiosce:-)
           Nasze quady to jednoosobowe Hondy, ale organizator pozwala jechać we dwójkę (na quadzie jest napisane, że jazda we 2 może spowodować destabilizację maszyny...). Nie musimy nakładać kasków ani żadnych kamizelek odblaskowych, chociaż czasami widzimy jadących ludzi tak właśnie ubranych - ale są to inne grupy z innych biur. Nas jest w sumie 10 osób, siadamy na quady stojące jeden za drugim, następuje krótka lekcja ich obsługi (quad ma biegi automatyczne, do naszej obsługi zostaje tylko gaz i 2 hamulce) i... ruszamy. Różne biura podróży różnie podają ilość kilometrów do przejechania, ale z google map wyszło mi, że w 2 strony przejechaliśmy w sumie ponad 20km. Jak dla mnie za mało :-) Liczyłem na więcej i właśnie to czas jazdy został dość niezręcznie sformułowany na stronie biura, dlatego na miejscu byłem nieco zawiedziony... ale to tylko opis, z innego biura byłby pewnie taki sam dystans, bo jak napisałem wcześniej, wielu organizatorów startuje z tego samego miejsca i dojeżdża do tych samych miejsc...
           Jak wspomniałem, jedzie się gęsiego jeden za drugim w odległości nie mniejszej niż 5 metrów od siebie. Niestety, ale nie ma szans na większe szaleństwa, bo prowadzący kawalkadę co chwila spogląda do tyłu i przywołuje ręką do porządku - a jeśli trzeba, zatrzymuje wszystkich i daje słowną reprymendę... co i mnie spotkało, kiedy próbowałem jechać nieco z boku, a nie po śladach innych. Jesteście zawiedzeni? Ja też byłem, bo spodziewałem się większej swobody... Średnia prędkość poruszania się całej grupy to około 20-30km/h., chociaż są momenty znacznie szybszej jazdy. Jeśli jednak chcecie zobaczyć co naprawdę potrafi taki quad, to zwolnijcie trochę i jak nabierzecie odpowiedniego dystansu do poprzedzającej Was osoby, dociśnijcie gaz do dechy - wtedy robi się naprawdę przyjemnie :-)

    Wypadek w drodze powrotnej.
    Tylko radzę uważać, bo teren, po którym jedziemy, to nie zawsze żółty piasek z jakim kojarzy się zwykle pustynia, ale często także żwir, kamienie i skały. Droga jest nierówna, z wieloma wzniesieniami i dziurami, więc rozwaga wskazana. O tym, jak potrafi być niebezpiecznie, przekonała się jedna z dziewczyn jadących przed nami, kiedy nie opanowała quada, po łuku zarzuciło ją na bok i przekoziołkowała razem z maszyną. Na całe szczęście nic poważniejszego jej się nie stało. Osobiście chciałem nagrać film podczas jazdy, co automatycznie oznaczało, że będę kierował quadem jedną ręką. Jest to jak najbardziej wykonalne (chociaż gaz jest pod prawą ręką i niewygodnie trzymać aparat w lewej), ale trzeba wtedy uważać podwójnie, ponieważ quadem momentami dość mocno trzęsie i trzeba włożyć naprawdę sporo siły, aby utrzymać kierownicę w jednej ręce - zwłaszcza przy większej prędkości. Tutaj o wywrotkę bardzo łatwo.
           Quadami jedzie się w kierunku majaczących w oddali gór i kiedy już są całkiem blisko, wyłania się beduińska wioska, która oznacza koniec jazdy. Tu pijemy miejscową herbatkę, palimy shishę (rodzaj fajki wodnej) oraz dosiadamy wielbłądy, które prowadzą miejscowe dzieci. Sama jazda na wielbłądach jest bardzo krótka, wręcz symboliczna, po czym dzieciaki wyciągają ręce po pieniądze. Myślę, że dobrym pomysłym, zamiast dawania dolarów paroletnim dzieciom, będzie wzięcie ze sobą np. jakiś słodyczy. Mamy też okazję za dodatkową opłatą zobaczenia w terrarium jadowitych węży (cena bodajże 4$), ale nikt z naszej grupy na to się nie zdecydował... a potem tą samą drogą następuje powrót. Całość trwa niecałe 3h., ale jeśli ktoś wybrał wersję rozszerzoną (taniec brzucha, oglądanie gwiazd przez teleskopy itp.), w wiosce zostanie dłużej. Po przybyciu na miejsce możemy jeszcze kupić za "jedyne" 3$ nasze zdjęcie na quadzie, ale oczywiście nic nie szkodzi na przeszkodzie, żeby utargować cenę - wszelkie atuty mamy w ręku, bo... po co im nasze zdjęcie? :-)
           Wrażenia? Bardzo przyjemne, zwłaszcza z jazdy quadami. Co prawda brakowało mi większego luzu w czasie jazdy, ale rozumiem, że gdyby każdy chciał jeździć jak chce, to byłoby to dość niebezpieczne (i bardziej niszczące dla quadów...). Wioska beduińska to komercja i nie ma mowy o zobaczeniu prawdziwego życia beduinów. Ogólnie jednak wycieczka warta polecenia!

    Karnak.
           Kolejną wycieczką, którą wykupiliśmy, był wypad do Luksoru. Zastanawialiśmy się jakiś czas, czy nie wybrać Kairu, ale ostatecznie postanowiliśmy przeboleć Cheopsa i Sfinksa na rzecz Doliny Królów. Dlaczego? Głównie z dwóch przyczyn. Pierwsza to czas jazdy do tych miast. Kair - w praktyce nawet 7h., Luksor - 4. Druga przyczyna - z racji tylko tygodniowego pobytu w Egipcie, zdecydowaliśmy się na wersję jednodniową (są też wersje wycieczek dwudniowych). Zestawienie ze sobą czasu jazdy w 2 strony plus świadomość, że Kair to największe miasto Afryki, a doba nie jest z gumy, nie wypadło pozytywnie. Jest co prawda możliwość lotu samolotem, co brzmi już o wiele lepiej (samolot leci 45 minut.), ale 60$ vs. 220$ za wycieczkę jednak delikatnie ostudziło nasze zapały... Koniec końców stanęło na Luksorze, czego absolutnie nie żałujemy. Stolicę zostawiliśmy na kolejny raz.
           Wieczorem dzień wcześniej warto zgłosić w recepcji hotelu, że nas nie będzie, wtedy z rana tuż przed wyjazdem w Pirates Bar dostaniemy tzw. lunch box, czyli trochę kalorii na drogę. Z pod Titanic Beach wyjeżdżamy o 5 rano, kiedy jest jeszcze ciemno. Droga przebiega przez dość ciekawe tereny więc warto usiąść przy oknie (po prawej stronie). Po drodze jest 20-minutowa przerwa w pobliżu jakiegoś baru (około 180-200 km. od Hurghady), w tym miejscu zatrzymuje się wiele autokarów i tu właśnie widzimy po raz pierwszy znajomych z hotelu, którzy wybrali wersję wycieczki z Itaki. Kierowca tankuje kawę i jedziemy dalej. Siedzimy w pierwszym rzędzie i przez ramię widzę, że wskazówka prędkościomierza leży maksymalnie po prawej stronie... :-) Do tego kierowca ścina zakręty co na początku może budzić pewne obawy, ale też ma i swoje zalety, bo przy tej prędkości są mniejsze przeciążenia... na szczęście ruch jest mały a droga szeroka, więc wszystko przebiega bez żadnych problemów i szybko docieramy do Luksoru. Tam zostaje przydzielony nam przewodnik mówiący po polsku i... zaczynamy zwiedzanie w następującej kolejności: na początku jest Karnak, potem mamy wizytę w fabryce perfum (chociaż w opisie wycieczki tego nie było!), następnie przeprawiamy się motorową łodzią przez Nil na obiad. Po obiedzie odwiedzamy Kolosy Memnona, manufakturę alabastru, Dolinę Królów i na sam koniec świątynię Hatsepsut. Dla chętnych jest jeszcze dodatkowo płatny rejs po Nilu oraz wyspa bananowa za 10$. Ci, którzy się na to nie zdecydują, mają ponad godzinę wolnego czasu przy autokarze.

    Ramzes II.
           O wymienionych atrakcjach można sobie bez problemu doczytać w internecie, dlatego ja skupię się na paru innych uwagach, o które już nie tak łatwo... :-) Pierwsza sprawa to czasy zwiedzania. Są generalnie krótkie, ale to zrozumiałe, bo wynika to z charakteru jednodniowej wycieczki. Gorzej, że te czasy są podzielone nieproporcjonalnie. Bo co powiecie na 20 minut na świątynię Hatsepsut i godzinę na obiad? Albo 5 minut na Kolosy Memnona kiedy w "fabryce" perfum jesteśmy ponad pół godziny? Ta fabryka to tak naprawdę nic innego jak spotkanie przy stole i prezentacja tego, co można kupić - zapomnijcie, że zobaczycie coś więcej. Ciut lepiej jest w manufakturze alabastru, bo przynajmniej na początku możemy zobaczyć pokaz ręcznego wykuwania, ale i tak całość jest ukierunkowana na... nie oszukujmy się, ale na wyciagnięcie pieniędzy od dostarczonego tutaj turysty, bo zaraz potem jesteśmy prowadzeni do ogromnego sklepu. W moim odczuciu traci się tam zwyczajnie czas i to tym cenniejszy, że potem zaczyna go brakować na prawdziwe skarby Egiptu. W Dolinie Króli schodzimy do 3 grobowców (Ramzesa IV, Ramzesa II oraz Ramzesa III). Za dodatkową opłatą (100 funtów egipskich) jest możliwość zobaczenia też grobowca Tutenchamona. Zła informacja jest taka, że w Dolinie Królów jest zakaz robienia zdjęć i chociaż pewnie dałoby się je zrobić po kryjomu, to proponuję jednak uszanować miejsca pochówków i nie ulegać pokusie.

    Świątynia Hatsepsut.
           Serwowany obiad to typowy, hotelowy szwedzki stół ze sporym wyborem, więc spokojnie można się smacznie najeść, ale napoje są dodatkowo płatne - za colę 0.3l. zapłaciliśmy 12 LE. O ile dobrze pamiętam, restauracja nazywała się Almina i znajduje się na brzegu Nilu.
           Dość nieciekawie jest rozwiązany wolny czas podczas rejsu po Nilu i zwiedzania bananowej wyspy. Myśmy uznali, że wystarczy nam samo przepłynięcie rzeki na drugą stroną i nie potrzebujemy dodatkowej wycieczki, także sama wyspa niebyt nas interesowała, toteż postanowiliśmy, że nie będziemy nic dopłacać i poczekamy z innymi na resztę grupy. Pomyślałem, że w wolnym czasie porobię trochę zdjęć uliczek czy też zabudowy Luksoru. Praktyka okazała się zgoła inna - po prostu autobus, przy którym zostaliśmy, był zaparkowany w dość nieciekawym miejscu, a zapadający szybko o tej porze zmierzch nie zachęcał do wycieczki wśród pogrążajacych się powoli w ciemnościach lokalnych zaułków. Gdyby miejsce zbiórki było zorganizowane w bardziej w centrum czy turystycznym miejscu, a nie gdzieś na dzielnicy, to byłoby inaczej, a tak... teraz już bym się chyba wolał zdecydować na tę wyspę. Jest to duży przytyk w stronę organizatorów, ponieważ wyglądało na to, że zupełnie nie interesują się tymi, którzy zostali (nasz przewodnik już sobie pojechał do domu, kierowca spał na ostatnim rzędzie siedzeń, a pilot poszedł do znajomych do sklepu obok).

    Pokaz ręcznej obróbki w manufakturze alabastru.
           Ostatnia moja uwaga z Luksoru dotyczy lokalnych sprzedawców tzw. pamiątek. Są bardzo, ale to bardzo natrętni, chociaż zupełnie nie czuć przy tym żadnej agresywności (niemniej ostrzegano nas przed dziećmi-kieszonkowcami). Wystarczy jednak, że się na chwilę zatrzymamy przy straganie, sklepiku czy w ogóle zareagujemy na ich zaczepki, a już może być ciężko z uwolnieniem się :-) Pod Kolosami Memnona tubylcy wręcz otoczyli nasz samochod i pukali w okna prezentując różne przedmioty jakie mają... nie interesowałem się zbytnio cenami tego co pokazywali, ale wydaje mi się, że można tam kupić pamiątki o wiele taniej niż np. w sklepikach w Hurghadzie. Przez stragany przy świątyni Hatsepsut wręcz przebieglismy chyłkiem, czego z perspektywy czasu jednak trochę żałuję... ale znowu ten brak czasu...
           Wracamy, kiedy już jest zupełnie ciemno i przez okna autokaru mamy możliwość zobaczenia lokalnego życia - tu ktoś pali na chodniku ognisko, tam fryzjer obcina klientowi włosy w jakimś ciemnym kącie, sklepikarz, który wywlókł na drogę brudny dywan i go szoruje, grupa paląca shishę przy stoliku w jakimś ciasnym i mrocznym lokalu... niesamowite, zupełnie nie europejskie klimaty można było dostrzec stojąc w korku, a wszystko w rytm nieustających dźwięków samochodowych klaksonów.
           I znowu zatrzymujemy się w drodze na postój w tym samym miejscu co poprzednio, większość ludzi śpi więc ruszamy trochę szybciej. Do hotelu docieramy, o dziwo, zgodnie z rozpiską, czyli około 22.30; dzień pełen emocji zakończony. Podsumowanie? Warto było pojechać i zobaczyć to, o czym wcześniej czytało się tylko w książkach. Co prawda trochę zmarźliśmy (kierowca włączył klimatyzację i pozostał nieubłagany na narzekania ludzi (jednej z osób odpowiedział na prośbę, że za chwilę będzie postój na gorącą herbatę...), więc przyda się ciepły polar) i nie wszystko było po naszej myśli, ale nie było to w stanie przyćmić tego, co zobaczyliśmy.


    Pierwsze kroki...
           Nurkowanie. 40$ za osobę za dwa zejścia po 25 minut pod wodę na tzw. intro. Wypływamy statkiem parę km od brzegu na 2 różne rafy, na pokładzie przechodzimy przyśpieszone teoretyczne szkolenie (po polsku), nakładają na nas cały sprzęt do nurkowania (wybierają go na nasze gabaryty jeszcze na brzegu przed wypłynięciem) i w grupach po 2 osoby schodzimy pod wodę. Razem z nami schodzi też instruktor, który jest cały czas przy nas i co chwila sprawdza, czy wszystko jest ok, reguluje też za nas naszą wyporność i pływalność. Jedyne, co musimy robić, to ruszać nogami i... oddychać. Przy pierwszym wejściu do wody większość czasu poruszamy się dość płytko pod powierzchnią, ale kiedy instruktor upewnia się, że nic złego się nie dzieje i sobie radzimy, zanurzamy się głębiej - przy drugim nurkowaniu na 9m., aż do klęknięcia na dnie. To, co można zobaczyć na rafie podczas takiego nurkowania jest niesamowite. Popłynęliśmy dość duży kawałek i widoki pionowych ścian rafy wraz z jej przebogatym życiem zostały mi w oczach do dziś... Nurkowanie to była bezsprzecznie najlepsza rzecz, jaka nam się przytrafiła w Egipcie. Żeby jeszcze bardziej podkreślić atrakcyjność nurkowania dodam, że w tym roku chcemy wrócić do Egiptu - już ze skończonym w Polsce kursem OWD - i nurkować pełne dwa tygodnie :-)
           Na statku mamy też solidny obiad, jest też czas na snurkowanie, tylko trzeba wcześniej określić czas, jaki mamy na powrót do naszego nurkowania. Całość trwa łącznie około 4 godzin i powrót następuje około 14.30. Na pokładzie jest też kamerzysta, który pod wodą filmuje, jak pływamy i potem możemy kupić 25-minutowy materiał na plytce DVD. Cena to 35$, ale możemy sporo utargować, wystarczy być nieugiętym w negocjacjach do końca... :-) Jakość nagranego materiału, w dobie współczesnej techniki, jest już raczej słaba (nawet jak na DVD), czas pomysleć o wymianie sprzętu. I, wbrew zapewnieniom sprzedawcy, materiału jest trochę mniej niż 25 minut, przy tym jak pływamy jest zmiksowane z innymi ujęciami i na filmie nie widać nas cały czas.... w sumie nazbierałoby się może parę minut, dużo za to jest dodatkowych ujęć rafy i podwodnego życia (ale bynajmniej nie z naszego nurkowania). W naszym przypadku doszło też do błędu. Otóż za DVD płaci się na miejscu, a płytkę dostarczają do recepcji naszego hotelu na drugi dzień. My nie sprawdziliśmy płytki i dopiero w domu okazało się, że kamerzysta pomylił materiały i otrzymaliśmy nie nasz... na filmie była po prostu inna para. W tej chwili trwają mailowe rozmowy z lokalnym biurem turystycznym Majatours, w którym wykupiliśmy nurkowanie i które pomaga nam w rozwiązaniu problemu (tak naprawdę to wina tylko i wyłącznie kamerzysty współpracującego z centrum nurkowym Deep Divers, nie biura). Ps (dopisek późniejszy). Sprawa została wyjaśniona, a wszystko dzięki ogromnemu zaangażowaniu i profesjonaliźmie Pani Julity z Majatours. Co prawda materiału video nie udało się odzyskać, bo kamerzysta go nie posiadał, ale Pani Julicie udało się odzyskać pieniądze - co, biorąc pod uwagę odległość oraz zupełny brak odzewu ze strony kamerzysty, nie było wcale przesądzone. No cóż, każdemu życzę tak kontaktowej i pomocnej osoby!


    Parasailing.
           Ponieważ w drugim biurze egipt-wakacje wykupiliśmy jeszcze parasailing, czyli latanie na spadochronie za motorówką (nic szczególnego jeśli chodzi o samą atrakcyjność lotu, poza tym sam lot trwa o 1/3 krócej niż zadeklarowany) to dostaliśmy gratisowo 4 wycieczkę city tour, czyli objazd Hurghady. Przed południem mamy spadochron, a od razu po tym wycieczka do centrum miasta. City tour był co prawda organizowany przez biuro dzień wcześniej, ale specjalnie dla nas przyjechał sam właściciel biura (pozdrowienia dla Pana Mostafy) i razem z nim samochodem we trójkę zwiedziliśmy co ciekawsze miejsca Hurghady. Pan Mostafa jest Egipcjaninem ale mówi dobrze po polsku i można go dzięki temu wypytać o wiele ciekawostek... zajeżdżamy też do jednej z kawiarni, gdzie na koszt firmy palimy shishę oraz pijemy lokalne herbaty (a wcześniej w Daharze również sok z trzciny cukrowej w jakimś znajomym naszemu przewodnikowi lokalu). Wracając już do hotelu natykamy się na drodze na sprzedawcę trzciny cukrowej, co tutaj ponoć jest dużą rzadkością i korzystając z okazji kupujemy nieco łodyg :-) W tym miejscu chciałbym podziękować jeszcze raz p. Mostafie, gdyż kupując sobie zapłacił razem za naszą nie chcąc przy tym wcale pieniędzy... Jeśli macie wolną chwilę i nie chcecie/nie macie ochoty sami organizować sobie wycieczki po mieście, takie city tour może być ciekawym rozwiązaniem.

    Uliczna sprzedaż trzciny cukrowej...
           Z popularnych atrakcji w Hurghadzie nie skorzystaliśmy z wycieczki na wyspę Giftun i... nie wiem, czy dobrze zrobiliśmy. Otóż na ostatni dzień naszego pobytu rozważaliśmy dwie możliwości - wyspę albo rejs katamaranem. Żeglowanie katamaranem w ofercie na miejscu miała rezydentka Itaki p. Ula Szczepańska (koszt 75$ za osobę!), bardzo przy tym go zachwalając. Nie wiem tak naprawdę, co spowodowało, że zdecydowaliśmy się na katamaran, no ale stało się i wpłaciliśmy pieniądze. Wyjazd o 7.40 rano do miejscowości El Goune (ponad 20 km. jazdy), gdzie cumuje statek, z powrotem w hotelu jest się przed godziną 15. Deklarowany czas 5 godzin pływania jest w przybliżeniu prawdziwy. Cały rejs wygląda w ten sposób, że po wypłynięciu z portu katamaran stawia żagle i przez kilkadziesiąt minut (czas pewnie zależy od siły wiatru, u nas nawet nieźle dmuchało i płynęliśmy z prędkością 8 węzłów) żeglujemy po otwartym morzu do pierwszej rafy. Tam dostajemy sprzęt do snurkowania (można mieć też własny) i mamy godzinę na podziwianie podwodnego świata. Potem statek płynie na druga rafę i tam z kolei mamy około 20 minut na pływanie. Przyznam, że rafy są ładne i czas szybko leci... :-) Podczas snurkowania na otwartym morzu w wodzie pływa członek załogi z kołem ratunkowym przy sobie, przy tym pokazując w rafie co ciekawsze miejsca; dodatkowo krąży motorówka i pilnuje bezpieczeństwa. Pod tym kątem trudno coś zarzucić. W międzyczasie jest posiłek - bułki z kurczakiem, serem, tuńczykiem i jajkiem do wyboru, po dwie bułki na osobę. Bardzo, ale to bardzo skromnie, jeśli weźmie się pod uwagę cenę za wyjazd i porówna do posiłków podczas innych tego typu wyjazdów... napoje niegazowane gratis, alkohol dodatkowo płatny, herbata jedna na głowę, ale zabrakło ciepłej wody i nawet jej nie starczyło dla wszystkich... szkoda nawet komentować. Po drugim snurkowaniu następuje powrót. Żadnych atrakcji więcej oprócz snurkowania i samego żeglowania nie ma.

    Morza Czerwone w okolicy jednej z raf. El Goune.
           Na koniec, jak zwykle, parę uwag, jakie mi się dodatkowo po tej wycieczce nasuwają. Warto wziąć ze sobą coś naprawdę ciepłego, sweter, polar, może nawet kurtkę. Podczas snurkowania było bardzo ciepło za sprawą ciepłego morza, ale po wyjściu wiał bardzo przejmujący wiatr i robiło się zimno - nawet do tego stopnia, że do drugiego snurkowania poszedłem tylko ja :-) Dopiero po pewnym czasie na kąpiel zdecydowały się jeszcze ze 4 osoby... na 20 ma katamaranie. Problemem było to, że na statku nie ma kajut i cały czas przebywa się na zewnątrz. Jedyne zamknięte pomieszczenia to dwie toalety. Na plus wyjazdu zaliczam muzykę płynącą z głośników - E.Clapton, Dire Straits, Guns N' Roses itd., co na chwilę pozwala się oderwać od arabskich rytmów bezustannie płynących np. w taksówkach. Ogólnie jednak wyjazd oceniam nie najlepiej - na statku odniosłem wrażenie spędu frajerów, którzy zapłacili sporą gotówkę i w zamian nie dostali nic szczególnego. Zabrzmiało mocno? Cóż, tak to odczuliśmy. W tym kontekście nie wiem, czy nie byłaby lepsza właśnie Giftun, a na pewno dużo tańsza. Wycieczkę katamaranem z Itaki w Hurghadzie uważam za przereklamowaną. Może, gdybyśmy byli w lipcu i było znacznie cieplej wrażenia byłyby inne, ale w styczniu tak to właśnie wyglądało.
           I tak to oto żeglowanie katamaranem zakończyło nasz pobyt w Hurghadzie. W ostatnim rozdziale podsumuję pewne rzeczy oraz dorzucę trochę informacji, o których jeszcze nie miałem okazji wspomnieć.


    Wróć Dalej