• Parę słów wstępu

 • Przygotowania
 • Tematy nurkowe
 • Kwestie drogowe
 • Plaże
 • Wyspa
 • Na zakończenie

Galeria
 • Panoramy
 • Cypr Podwodny


• Księga Gości i komentarze
• Strona Główna

(c) xaltuton 2014
Cypr

Wyspa





      Delikatny przedsmak górzystych terenów poznaliśmy jednak ciut wcześniej decydując się na mały trekking do wąwozu Avakas. Wąwóz ten leży w zachodniej części Cypru, a dojeżdża się do niego od strony Pafos, dokładnie tą samą drogą, którą jechaliśmy do Lara Beach. Kiedy skończy się asfalt należy dalej kontynuuować jazdę szutrową drogą aż do miejsca, gdzie tuż przed małym "mostkiem" jest dość stromy zjazd. W tym miejscu na rozstaju dróg należy skręcić w prawo i po chwili jazdy pod górę już możemy zaparkować auto - narzeciwko knajpy widniejącej daleko w górze. Można też podjechać pod wąwóz jeszcze bliżej, po prostu skręcając w tym miejscu ostro w dół wąską, szutrową i bez zabepieczeń drogą i kontynuować jazdę aż do parkingu na dole. Myśmy jednak zaparkowali wyżej i poszliśmy w dół piechotą. Czas przejścia od tego miejsca do końca drogi na dole to jakieś 10-15 minut. Tutaj takie małe ostrzeżenie, żebyście nie zostawiali w samochodzie na widoku cennych rzeczy - widzieliśmy w tej okolicy zaparkowany samochód z wypożyczalni z wybitą szybą...
      Jeśli zaparkowaliśmy na górze to na początku wędrujemy piaszczystą drogą w dół, potem po minięciu ostatniego parkingu wzdłuż zarośniętego nieco stoku, dopiero po pewnym czasie zaczyna się wyłaniać coś, co przypomina wąwóz. Idąc do Avakas zupełnie nie wiedziałem, jak on wygląda i czego można się spodziewać - pierwszy etap, chociaż z całkiem miłymi krajobrazami, na kolana jednak mnie nie rzucił. Za to nieźle smażyło słońce i było za gorąco, dlatego pierwsze cienie przyjąłem z ulgą. Pojawiały się tutaj nawet ławeczki do siedzenia, co już w ogóle było luksusem. Ale w pewnym momencie z zarośniętej ścieżki weszliśmy do prawdziwego wąwozu! :-) I to jakiego, naprawdę robiącego wrażenie! Wnosząc po dotychczasowej drodze kompletnie takiego fajnego się nie spodziewałem :-)


Avakas.

      Już od samego początku wąwóz obniża odczuwalną temperaturę o dobrych parę stopni, panuje przyjemny chłodek, wzdłuż płynie strumyk wody i wszędzie jest cień, gdzie można się schować. Rewelacja. Wędrówka wąwozem to sama przyjemność, więc nigdzie się nie śpieszymy. Ściany miejscami są pionowe, a odległość między nimi to tylko kilka metrów. Apogeum atrakcji stanowi drzewo rosnące na skale z korzeniami wijącymi się po skalistej ścianie. Możemy oczywiście pójść jeszcze dalej, niemniej po pewnym czasie ściany wąwozu oddalają się od siebie i nie ma już takich fajnych klimatów. Myśmy postanowili jednak spróbować, niestety ale nie było żadnych oznaczeń, a wąwóz powoli zaczął zamieniać się w dolinę. Nie wiedzieliśmy, czy to już koniec szlaku, czy może jednak dalej coś jeszcze będzie, ale kiedy ścieżka zaczęła momentami powoli zanikać, to w pewnym momencie uznaliśmy, że czas zawrócić. W międzaczasie na skałach pokazały się nawet kozy, niestety trzymały dystans i na bliżej niż 10 metrów nie dały się podejść. Łącznie czas przejścia od samochodu zajął nam w obydwie strony 2.5h, w trakcie których mieliśmy wiele przerw. Jeśli dobrze pamiętam, to szacowany czas przejścia (wg lokalnych informacji) tylko do samego wąwozu to ok. pół godziny w jedną stronę.


Avakas.

Trekking w wąwozie nie jest w żaden sposób wymagający, to wręcz spacerowa wycieczka, ale możecie pomyśleć o butach za kostkę, bo jest parę miejsc na drodze, gdzie trzeba się wspiąć na mokre i śliskie kamienie oraz ominąć małe oczka wodne. Ja szedłem w tzw. "wiatrówkach" i momentami trzeba było w nich bardzo uważać, pójście w klapkach czy japonkach będzie bardzo złym pomysłem, zwłaszcza kiedy jak my zdecydujecie się pójść dalej (pojawią się na drodze rumowiska i duże głazy, na które czasami trzeba będzie wskakiwać). Można też wziąć jakąś dodatkową koszulę, zwłaszcza jak jest się zmarźluchem i planuje dłuższy pobyt na miejscu. Podsumowanie? Tak, Avakas zdecydowanie warto zobaczyć!

      Kiedy po zakończeniu nurkowania na Cyprze nasi towarzysze podróży postanowili jednak odpocząć w Pafos i zażyć kąpieli słonecznych na lokalnych plażach, my zdecydowaliśmy się na odwiedzenie górzystego centrum wyspy. Głównym naszym celem w tym rejonie była najwyższa góra Troodos (i całej wyspy) - Olimp (1952 m. n.p.m.), zwana tutaj Chionistra. Na nasze nieszczęście na szczycie tej góry znajdują się obiekty wojskowe i wstęp jest zabroniony, więc dotarcie na samą górę jest niemożliwe - pozostaje tylko spacer wokół wierzchołka. Mamy tutaj do wyboru dwie trasy - jedna zamyka się w 2h trekkingu, druga w 4 (odpowiednio 7 i 12 km długości).


Centrum w Troodos.

Przed wyjściem na trasę możemy też dokonać zakupu pamiątek na miejscowych straganach w miejscowości o takiej samej nazwie jak góry - Troodos. Jest tu też parę restauracji i duży parking, nie spędzamy tu jednak zbyt dużo czasu, bo go po prostu nam... szkoda :-) Zresztą nie jesteśmy fanami straganowych zakupów.


Widok ze szlaku wokół Olimpu.

      Wbrew pozorom dość ciężko jest znaleźć wejście na właściwy szlak. Sprawę komplikuje niezgodność oznaczeń w terenie z oznaczeniami na mapce, którą dostaliśmy na miejscu. Po chwili konsternacji dochodzimy do wniosku, że prawdopodobnie najbardziej prawidłowe będą informacje na tablicy przed szlakiem, a nie na jakiejś mapie... bądź co bądź unijna tablica o dofinansowaniu projektu nie może mieć błędów :-) Wkraczamy na szlak... pogoda zaczyna nieco się psuć zgodnie z lokalnymi prognozami, ale nie daję wiary w zapewnienia, że będzie padać. Wyciagam komórkę i sprawdzam w moich ulubionych źródłach... a te mi pokazują, że deszczu nie będzie. No i jak zwykle moja prognoza się nie myli - pomimo, że pół nieba zaciąga się ciemnymi chmurami, o opadach nie może być mowy. Różnica temperatur tego dnia pomiędzy wybrzeżem a szlakiem wynosi, głównie z powodu wysokości, ponad 14 stopni Celsjusza i oscyluje w granicach 12 stopni (sprawdzone komputerem nurkowym), więc coś cieplejszego na szlaku może sie przydać.



      Sama wędrówka jest bardzo lekka, brak zdecydowanych przewyższeń czy stromych podejść, ścieżka jest bardzo dobrze wykonana i zabezpieczona, więc nie ma obawy o zgubienie czy wypadek. Generalnie szlak prowadzi wokół szczytu, na koniec wychodzi się do miejsca rozpoczęcia podróży więc nie trzeba potem pokonywać kilometrów asfaltu. Ponieważ start i koniec wypadają w tym samym miejscu, jest kompletnie obojętne, w którą stronę najpierw pójdziemy.



Jaki kierunek byśmy nie wybrali, nic to nie zmieni w trudności szlaku. Jest to trasa nawet dla ludzi szybko męczących się :-) Jako ciekawostkę dodam, że przechodzi się nawet pod... wyciągiem narciarskim. O tej porze nieczynnym, ale zdarzają się zimy na Cyprze, gdzie w tych rejonach zalega śnieg. Słyszałem wcześniej te opowieści o białej kołdrze na gorącym Cyprze, ale niewielka w sumie wysokość gór nie przekonywała mnie do końca do tej wizji, a tu proszę - mały wyciąg narciarski na dowód tych opowieści.



      Niestety, ale nasza trasa to była ta krótsza, więc nie wiem co oferuje wersja tłuściejsza. Jeśli byście mieli więcej czasu, to raczej sugeruję wybranie się dłuższym szlakiem, ten krótki nie oferuje nic nadzwyczajnego, może dłuższy będzie ciekawszy? Widoki na wyspę będą z pewnością podobne, ale za to może więcej frajdy będzie z samej marszruty...

      Nasza obecność w górach Troodos to przede wszystkim jazda i podziwianie górskiego piękna z samochodu. Kilkanaście dni pobytu na wyspie to za mało, żeby na wszystko mieć czas, zwłaszcza, że jazda w centrum wyspy z powodu gór charakteryzuje się dużą powolnością.


Gdzieś na drodze...

Niektóre mniej uczęszczane drogi są tak wąskie, że ciężko się wyminąć z samochodem jadącym z naprzeciwka, na szczęście na takich dojazdach jest też automatycznie mniejszy ruch. Pamiętam, że w pewnym miejscu, kiedy nie zjechaliśmy na właściwą drogę (a potem już nie chciało się nam zawracać), to 30 km nadrobionej drogi pokonaliśmy w... 1.5h - i to starając się jechać bardzo szybko. Kiedy z gór po północnej stronie Troodos widzieliśmy wybrzeże, do którego zjeżdżaliśmy na zachód słońca, to wydawało nam się ono już tak bliskie... niestety, ale niezliczona ilość zakrętów bardzo szybko zaczęła weryfikować nasze plany.
      W górach natknęliśmy się na zakazy fotografowania stojące przy drogach, co jest nowością dla mnie, ale wynika to z faktu, że Cypr jest podzielony na tzw. część grecką i turecką, a z wyższych partii gór doskonale widać przeciwległą część wyspy wraz z zabudowaniami wojskowymi. Granica jest blisko i stąd te ograniczenia. Z tych miejsc widać też jak spłaszczona jest część turecka, na której dopiero gdzieś na horyzoncie majaczą większe wzniesienia. W naszych planach rozważaliśmy wyjazd także i tam, ale z paru powodów nie doszedł on do skutku.


Klasztor Kykkos.

      Zwiedzając góry Troodos natykamy się zupełnie przypadkiem na stary, prawosławny klasztor. Ponieważ w tym momencie nie mamy żadnych innych konkretnych planów, postanawiamy przyjrzeć mu się z bliska. Na Cyprze jest sporo tego typu obiektów, ale jak do tej pory nie natrafiliśmy na żaden. Okazuje się, że klasztor pochodzi z XI wieku i nosi nazwę Kykkos, prawdopodobnie od góry, na której jest położony. Inna wersja wspomina o ptaku, który wypowiadał te słowo w ludzkim języku... Na parkingu widzę dość dużo samochodów, więc wnioskuję, że to chyba popularna atrakcja... (potem okazało się, że trafiliśmy bodajże na najbardziej okazały i największy klasztor na Cyprze).

      Klasztor jest do dziś aktywny, tzn. nadal pełni swoją funkcję i możemy nawet spotkać przechodzących mnichów. Wrażenia robią stare, ścienne malowidła, do zwiedzenia jest też kaplica oraz lokalne małe muzeum, jako laik mogę tylko stwierdzić, że wystawione eksponaty wyglądały na bardzo stare - niestety ale napisy cyrylicą były dla mnie nie do rozszyfrowania. Są tam starochrześcijańskie pamiątki, takie jak np. obraz Matki Boskiej namalowany przez apostoła Łukasza. Z obrazem tym wiąże się zresztą legenda klasztoru.



      Z ciekawszych miejsc, które pamiętam z wyspy, to łukowate sklepienia na wybrzeżu w okolicach Cape Greco (są przynajmniej dwa takie miejsca), a także bardzo ciekawie ukształtowany fragment wybrzeża w bliskiej okolicy. Aby do niego się dostać, należy z Ayia Napa kierować się na wschód w kierunku Cape Greco.


Jadąc drogą wzdłuż wybrzeża w pewnym momencie mija się po prawej stronie samotnie rosnące drzewo z ławką, miejsce jest bardzo charakterystyczne i widać je z daleka, nie powinniście przegapić. Przed tym drzewem jest piaszczysta droga w kierunku wybrzeża, w którą skręcamy. Po kilkuset metrach jazdy oczom naszym ukaże się widok jak ze zdjęcia obok.

      Chociaż miejscówka jest na odludziu, to może tu być trochę ludzi. Są ławeczki, jest ciekawie wydrążona w skale dziura, do której bardzo łatwo jest zejść i chwilę odpocząć w cieniu.

Z nabrzeża z nad tej dziury śmiałkowie skaczą bezpośrednio do wody w zatoce - to niby tylko z dziesięć metrów lotu, ale ostatecznie nie zdecydowaliśmy się na to - chociaż uważam, że można było spróbować.. ale oczywiście jak przyszło co do czego to już człowiek nie był taki odważny :-) Tak czy owak miejsce jest bardzo malownicze i bedąc w okolicach Cape Greco warto tam zajechać.


Jedna z uliczek miasteczka.
      Bardzo ciekawym miasteczkiem okazało się Lofou. Jest to właściwie wioska w dystrykcie Limassol położona na wzgórzu pomiędzy górami. Nigdy byśmy tutaj prawdopodobnie nie zajechali gdyby nie nasz znajomy Cypryjczyk, który pod koniec naszego pobytu zaprosił nasz na oryginalny, cypryjski obiad - i to właśnie Lofou wybrał na miejsce naszej biesiady twierdząc, że to jedno z najlepszych miejsc do tego. Kto jak kto, ale tubylec pewnie wie najlepiej gdzie zjeść, więc z tym wiekszą chęcią się zgodziliśmy.

      Na Cyprze tubylcy się nie śpieszą, to taki południowy styl życia, więc po dotarciu do miasteczka zamiast iść do tawerny, przechadzamy się powoli po uliczkach. Trwa to dość długo i zaczynam sie zastanawiać, czy dobrze się zrozumieliśmy i na pewno przyjechaliśmy na obiad :-) Ale muszę przyznać, że spacer utkwił w pamięci dzięki wąskim i krętym uliczkom, z poziomu których mogłem się przyjrzeć miejscowemu, nieskażonemu jeszcze najazdem turystów, życiu mieszkańców oraz samej, ciekawej zabudowie. Tak, ta wioska naprawdę mi się spodobała, do tego udzielił mi się miejscowy, taki wyluzowany nastrój i spokój. Miałem wrażenie, że czas płynie tutaj jakoś wolniej... Było naprawdę fajnie.


Tawerna Lofou w Lofou :-)
      W końcu jednak wybiła odpowiednia godzina i doszliśmy do tawerny o takiej samej nazwie jak miejscowość, czyli Lofou. Jak to bywa w miejscach serwujących dobre posiłki spodziewałem się wielu gości, a okazało się, że oprócz nas nikogo tu nie ma :-) No tak, ale kto specjalnie jedzie daleko w góry do jakiejś wioski na obiad? - myślę sobie - bo przecież nie chodzi w tym przypadku o słabe jedzenie... Zamawiamy oczywiście mezze, chyba najbardziej znany na Cyprze posiłek. Mezze to potrawa z wielu dań, tyle, że serwowana w małych porcjach - moim zdaniem bardzo dobry sposób na zapoznanie sie z wachlarzem możliwości. W bardzo szybkim tempie nasz stolik zapełnia się talerzami, talerzykami i przystawkami, każde danie jest na "dwa kęsy", ale jest ich tyle, że w pewnym momencie zwyczajnie żołądek mówi dość...

Ale to jest Cypr, nikt tu się nie śpieszy, więc po paru godzinach można znowu coś przegryźć... :-) W międzyczasie knajpka zapełnia się po brzegi i nie ma ani jednego wolnego stolika! Na moje zdziwione spojrzenia znajomy Cypryjczyk wyjaśnia, że tutaj trzeba telefonicznie rezerwować miejsce - przynajmniej na niedzielę, gdzie przyjeżdżają tu całe rodziny, żeby zjeść swój tradycyjny posiłek.

      Nasza biesiada zgodnie z miejscowymi zwyczajami trwa dość długo, ale ani przez moment nie było tak, że stały puste talerzyki, te wyjedzone kelnerzy bardzo szybko wymieniali na nowe - odnosiłem wrażenie, że ta uczta nigdy się nie skończy, a jeśli nawet, to wyznacznikiem końca będzie decyzja przejedzonego klienta, a nie limit dań... Samo jedzenie cypryjskie jest smaczne i bardzo smaczne, wiekszość dań, nawet jeśli była podobna z wyglądu do polskich, to za sprawą użytych przypraw różniła się w smaku. Ten smak przypadł mi do gustu. A rachunek? Niecałe 100 euro. Za 4 osoby, więc bardzo przyzwoicie.

      Ostatniego dnia pobytu, kiedy już właściwie siedzieliśmy na walizkach, przyszedł nam do głowy pomysł, żeby podskoczyć na parę godzin do miejscowego parku wodnego. Aquaparków na Cyprze jest parę i chociaż zazwyczaj w naszych podróżach nie uwględniamy takich atrakcji, to tym razem zrobiliśmy wyjątek.

      Aquapark Afrodyta leży w Pafos nieco na południe od centrum miasta. Jakie atrakcje oferuje park możemy zobaczyć pod tym linkiem, więc nie będę ich opisywał, powiem tylko, że starczą na parę godzin zabawy, a niektóre, np. Zero Gravity, są naprawdę niezłe. Park nie jest duży, ale kiedy tu jesteśmy jest też mało ludzi, więc się tego nie odczuwa - przypuszczam jednak, że w szczycie sezonu może być jednak tłoczno. Parę zdjęć jak to miejsce wygląda od środka zamieszczam poniżej.










Wróć Dalej