• Parę słów wstępu

Madera
 • Madera w zarysie
 • Zachód wyspy
 • Część centralna. Funchal
 • Na wschodzie

Porto Santo
 • Garść informacji o wyspie

• Galeria


• Księga Gości i komentarze
• Strona Główna

(c) xaltuton 2011
MADERA

Zachód wyspy




Ribeira Brava.

     Pisząc zachód Madery mam na myśli tą część wyspy, która zaczyna się od Ribeira Brava na południu i São Vicente na północy. Jest tu parę świetnych miejsc, do których nie wypada po prostu nie zajechać, w tym droga, która serwuje jedne z najpiękniejszych widoków na wyspie. Ale po kolei.


Cabo Girão, jeden z najwyższych klifów
w Europie. Widok od dołu.
     Dojazd do Ribeira Brava od strony Funchal jest bardzo komfortowy, ponieważ będziemy jechać dwupasmową drogą ekspresową. Możemy tutaj docisnąć pedał gazu do 100 km/h., co jest niesamowitą prędkością jak na Maderę. Po drodze warto jednak zajechać do jednego z najbardziej rozreklamowanych miejsc na Maderze - Cabo Girão. Znajduje się ono w Câmara de Lobos. Cabo Girão ze swoją wysokością 580 metrów jest promowane jako drugi co do wysokości klif Europy, jednak nie do końca jest to prawdą, ponieważ jest kilka innych wyższych od tego na Maderze. Niezależnie jednak od cyferek, warto tam zajechać. Na samą górę prowadzi kręta droga (z ekspresówki będzie oznakowany zjazd), jest tam parking i paru sprzedawców tzw. pamiątek. Może też tam panować dość spory ruch jak na Maderę, ponieważ zajeżdżają tam rownież autokary... Na szczycie klifu lepiej być po południu - między innymi z tego powodu, że najbardziej interesujący widok jest w kierunku wschodnim. Jeśli więc nie chcemy robić zdjęć pod słońce, późne popołudnie będzie najlepszą porą na wizytę. Powinno być też wtedy mniej ludzi.


Zupełnie darmowa myjnia samochodowa.
     Sam klif warto też zobaczyć od dołu, chociaż będzie trochę ciężej znaleźć drogę - nam w wyjechaniu na poziom oceanu pomógł GPS. Na dole jest miasteczko, więc może być problem z darmowym parkingiem. Tutaj z kolei lepiej być przed południem, ponieważ sam klif z tego miejsca jest widoczny w kierunku zachodnim.

     Z Cabo Girão można już spokojnie pojechać dalej do Ribeira Brava (w okolicy jest punkt wiodokowy na miasteczko i wybrzeże, warto poświęcić chwilę i wjechać na górę). Tutaj droga ekspresowa już się niestety kończy i w tym momencie mamy dwie możliwości. Pierwsza z nich to kontynuacja jazdy południowo-zachodnim wybrzeżem Madery w kierunku Ponta do Sol i Calhety. Jadąc dalej na zachód możemy dojechać aż do Ponta do Pargo. Jest to najdalej wysunięta na zachód część wyspy. Znajduje się tam latarnia morska i całkiem przyjemny widok na pionowe skały wpadające prosto do oceanu. Ale szczerze mowiąc nie warto jechać w tym kierunku - chyba, że zobaczyliście już całą wyspę i macie jeszcze czas... Jedyną atrakcję godną wspomnienia mieliśmy pomiędzy Ponta do Sol a Madalena do Mar. Otóż jadąc w tą stronę zrezygnowaliśmy z głównej drogi i staraliśmy się przemieszczać jak najbliżej wybrzeża drogami lokalnymi. W pewnym momencie jazdy wąskimi drogami i cieknącymi tunelami zobaczyliśmy wodospad, który spadał bezpośrednio na drogę - żeby przejechać dalej trzeba się wykąpać.... Przy okazji okazało się to świetnym sposobem na umycie samochodu, co też nie omieszkaliśmy zrobić. Nigdzie więcej na wyspie nie spotkaliśmy już takiej okazji, co zapewne wynikało z nieco suchej pory na wyspie - bo z tego co mi wiadomo, przy bardziej deszczowej pogodzie tego typu wodospady spotyka się tutaj częściej.


Serra de Água.
     Droga z Ribeira Brava na zachód jest też trochę "nudna" - na południowym-zachodzie wyspy jest już bardziej płasko, droga tam powinna być ciekawsza wiosną podczas zakwitania roślin, ponieważ np. odcinek drogi pomiędzy Ponta do Pargo a Porto Moniz przebiega przez bardzo zielone tereny, gdzie przy drodze rośnie dużo kwiatów. Tereny te są też zdecydowanie mniej turystyczne, drogi są puste i tylko od czasu do czasu możemy na nich kogoś spotkać. W pobliżu trwają spore prace nad budową tuneli, więc być może za jakiś czas przy lepszych drogach wyspa na zachodzie bardziej odżyje.

     Wróćmy więc na rozjazd dróg w Ribeira Brava i skierujmy się drogą 104 na północ. W tym momencie wjeżdżamy w głęboką dolinę ze stromymi ścianami pobliskich gór. Przy odpowiednim oświetleniu będziemy mieli świetne widoki. Niedaleko tunelu jest skręt w prawo do sporego sklepu spożywczego Continente. Warto tam zajechać i uzupełnić zapasy. Ponieważ ceny w sklepie były nieturystyczne, to zawsze tam robiliśmy zakupy, jak tylko przejeżdżaliśmy obok. Jako reklamę dodam, że mają też dobrze schłodzone piwo :-) Za sześciopak 0.25 l. lokalnego piwa płaciliśmy od 2.5 do 3.5 euro. Po uzupełnieniu zapasów możemy śmiało ruszać dalej. Droga prowadzi ciagle pod górę do punktu zwanego Boca Encumeada, oznaczającego przełęcz, o wysokości 1007 m.n.p.m. Jest to bardzo popularna i odwiedzana miejscówka, ponieważ z tego punktu przy dobrej pogodzie można zobaczyć ocean po dwóch stronach wyspy.


Panorama z levady Rabacas. Okolice Boca Encumeada.

     O ile z dobrą pogodą na Maderze to nie problem, o tyle gorzej może być z przejrzystością powietrza, która jest potrzebna, żebyśmy mogli dobrze widzieć oba brzegi oceanu. Z naszych doświadczeń wynika, że na wyspie jest najlepsza wtedy, kiedy świeci słonce i jest silny wiatr, który przegania mgiełkę z nad wody...

Przykład klasycznej levady.
Ale oprócz widoku, Encumeada oferuje nam też początek szlaku na levadę, na który warto się zdecydować.

    Levady są to kanały irrygacyjne służące do nawadniania wyspy. Są wizytówką Madery oraz stanowią jedną z największych atrakcji wyspy. Nie rozpisując sie zanadto, temat levad można streścić w następujący sposób: w najwyższych partiach wyspy woda z opadów wsiąka w półprzepuszczalną skałę i mniej więcej na wysokości 1000 m.n.p.m. napotyka na nieprzepuszczalne warstwy. Wypływa wtedy na zewnętrz i zbudowanymi przez ludzi levadami jest sprowadzana na dół wyspy, gdzie jest wykorzystywana do nawadniania plantacji m.in. bananów i winogron. Bez levad zwyczajnie nie byłoby upraw, ponieważ np. na południu wyspa jest zbyt sucha na potrzeby rolnictwa. Pierwsze levady powstały już w XV wieku (chociaż większość została wykuta ręcznie na początku XX wieku), a ich łączna długość to ponad 2100 km.! Dla turysty jednak najabrdziej interesujące informacje są takie, że wzdłuż levad porobione są ścieżki, którymi można spacerować wzdłuż kanałów. Zazwyczaj ścieżki te są bardzo spacerowe - mają bardzo łagodny przebieg i chociaż czasami są dość długie (niektóre lavady mają nawet kilkanaście kilometrów) to jednak nie stanowią większego wyzwania dla piechurów. Bardzo często zwężają się do szerokości jednego człowieka, ale wtedy są barierki ochronne i zwyczajnie jest bezpiecznie.

Jeden z tuneli, na które można się natknąć maszerując levadami.
Ten miał długość około 1 km. i wymagał użycia latarek.
Ciemniejszy ślad na ścianie jest dowodem, że w okresie bardziej
deszczowym woda zalewa ścieżkę.


     Czasami levady przebiegają też tunelami, my szliśmy nawet takimi około 1 km. długości. Panują w nich wtedy całkowite ciemności, więc kiedy tunel jest niski i nieregularny, a pod stopami płynie woda, niezbędne są latarki! Te tunele, którymi szliśmy, były na tyle wysokie, że większość drogi można było iść wyprostowanym. Czasami z sufitu kapała woda i pojawiały się kałuże, a ścieżka była dość wyszczerbiona, ale dało się przejść :-) I właśnie levada, który wychodzi z Encumeady (trzeba zejść poniżej sklepu z pamiątkami i skręcić w drogę w prawo do restauracji - tam znajdziemy początek levady) ma takie tunele. Po około 15 minutach marszu levada się rozdwaja, trzeba pojść prawą odnogą, po drodze będzie na początku nieco krótszy tunel, a zaraz potem dwa razy dłuższy. Ale jeszcze raz chciałbym podkreślić - będą potrzebne latarki. Oczywiście nie wszystkie levady mają tunele, które wymagają latarek, ale jak planujemy nimi chodzić, warto przynajmniej jedną mieć ze sobą.


Widok z parkingu na szlak 25 Fontann i Risco.

     Z Encumeady można zjechać w dół do São Vicente na drugą stronę wyspy, ja jednak proponuję skręcić w drogę 110 w kierunku na płaskowyż Paul da Serra. Odcinek tej drogi od Encumeady aż do Lombo do Mouro obfituje w rewelacyjne widoki na góry. W mojej ocenie to jeden z najciekawiej położonych fragmentów dróg na Maderze. Po drodze jest parę miejsc, gdzie można się zatrzymać i odetchnąć pięknem wyspy, więc warto z nich skorzystać. W tym miejscu proponuję być po południu, kiedy zachodnie słońce pięknie oświetli szczyty.


Droga z Lombo do Mouro w kierunku Boca Encumeada.
Kadr z filmiku.

     Kontynuując jazdę drogą 110 dotrzemy do Paul da Serra. Jest to parę kilometrów dość płaskiej jak na Maderę przestrzeni, gdzie Maderczycy pobudowali szereg wiatraków dostarczających prąd dla mieszkańców. Płaskowyż to 1500 m.n.p.m, więc krajobraz zza szybą samochodu jest ciekawy, chociaż nieco surowy. Znajduje się tu największe w tym rejonie skrzyżowanie, skręcając w prawo dojedziemy do Porto Moniz, droga w lewo zawiedzie nas do Arco da Calheta, jadąc prosto również dojedziemy do Porto Moniz, z tym, że po drodze zobaczymy po prawej stronie parking z mnóstwem, zapewne, samochodów. W tym miejscu rozpoczyna się zejście w dół do miejsca nazwanego 25 Fontann oraz wodospadu Risco. Jest to chyba jeden z najbardziej obleganych szlaków na Maderze. Zaczyna się on asfaltową drogą schodzącą 2 km. cały czas w dół. Na dole asfalt się kończy i zaczynają się levady. Jedna prowadzi przez 900 metrów do wodospadu Risco, druga mająca 2.5 km. do 25 Fontann. Ta dłuższa jest bardzo fajna i mogę ją polecić, chociaż jej koniec nieco rozczarowuje (w październiku 25 Fontann wyglądało na nieco przysuszone). Risco chociaż bardzo wysoki chyba również pamiętał bardziej mokre czasy. Powrót asfaltową drogą jest trochę męczący, dla przemęczonych służę informacją, że asfaltem co pół godziny kursuje prywatny busik, który za 3 euro podwiezie nas na samą górę. Kompleksowa usługa obejmująca zarówno wjazd jak i zjazd to koszt 5 euro. Na tę levadę nie warto zakładać górskich butów (jeśli takie wzięliśmy ze sobą) i można spokojnie pomaszerować w sandałach czy zwykłych butach - oczywiście pod warunkiem, że mamy stabilną i ładną pogodę.

     Jadąc dalej drogą nr 110 na zachód będziemy mijali jeszcze parę ładnych widoków w kierunku na północ wyspy, jest też parę miejsc na całej trasie, gdzie możemy się zatrzymać na mały piknik. Trasa zawiedzie nas w końcu do Porto Moniz.


Kompleks "lawowo-basenowy" w Porto Moniz.

     Porto Moniz to największe na północnym-zachodzie Madery miasteczko. Drogą 110 wjeżdża się od góry i już na samym początku jest świetny punkt widokowy na całą miejscowość w dole. Uwagę zwraca przed wszystkim nabrzeżny basen, który został zręcznie wkomponowany w przybrzeżne pokłady zastygłej lawy - to tak naprawdę pogłębione i połączone ze sobą naturalne baseny powstałe w skale wulkanicznej. Bilet wstępu kosztuje 1.5 euro za dzień, więc przy takiej kwocie nawet Szkoci mogą spokojnie skorzystać z jego uroków. Woda w basenie jest słona, ponieważ basen jest połączony z oceanem. Przy dużej fali na oceanie świetną zabawą jest podpłynięcie do miejsca w basenie, gdzie woda przelewa się przez jego krawędź. Siła fali odrzuca ludzi na drugą stronę i można wtedy poczuć siłę żywiołu. Warto też tutaj się zatrzymać, jeśli ktoś ma małe dzieci - głębokość basenu jest stopniowana, nad wszystkim czuwa ratownik, a znajdujące się nieopodal restauracje pomogą zaspokoić głód. Nieco dalej od kompleksu jest darmowy, szutrowy parking ze sporą ilością miejsca, więc nie trzeba płacić za bliższe miejsca przy drodze. Tuż obok znajduje się też małe oceanarium, ale nie skorzystaliśmy z jego oferty. Już dokładnie nie pamiętam, ale cena za wstęp wynosiła około 10 euro.


Zamknięty dla samochodów odcinek starej drogi.

     Wiele starszych przewodników po Maderze drogę z Porto Moniz do São Vicente opisuje jako bardzo wąską, niebezpieczną i z pięknymi widokami. I rzeczywiście, droga ta została często wykuta w pionowych ścianach (19 kilometrową trasę budowano 16 lat!), przez co jest bardzo minimalistyczna - od czasu do czasu można spotkać zatoki, w których jadące z przeciwnych kierunków samochody mogą się minąć. Na drodze leży sporo kamieni, a stare tunele są ponure i mokre. Nic zatem dziwnego, że w dobie narastającego ruchu turystycznego wybudowano znacznie bezpieczniejszą, bardziej komfortową i bardziej przystosowaną do większej ilości samochodów drogę alternatywną, która w zdecydowanej swojej większości przebiega niestety w tunelach. Jest przez to dla turysty oczywiście mało ciekawa, bo tunele kradną widoki wybrzeża i nie serwują żadnych większych emocji. Taka więc perspektywa przejazdu północno-zachodnim wybrzeżem zupełnie nam nie odpowiadała, dlatego postanowiliśmy się przyjrzeć z bliska możliwościom skorzystania ze starej drogi.

Takie drogi to nic niezwykłego na Maderze.
     Problemem jest to, że część tej drogi została juz zupełnie wyłączona z użytku i nie można na niektóre jej odcinki wjechać (są przewieszone łańcuchy z przyczepionymi znakami zakazu ruchu). Ponieważ jednak wyżej mieszkają ludzie, którzy jakoś muszą się kontaktować ze światem, to część starej drogi wcale nie jest tak do końca zamknięta... Co prawda znaki ostrzegają, że wkraczamy na drogę na własną odpowiedzialność, ale przecież się nie wycofamy :-) Warto tutaj dodać, że jeśli chcecie tak jak my wjechać na starą drogę, to lepiej jechać nie z Porto Moniz do São Vicente, ale odwrotnie. Wynika to z tego, że zjazdy na starą drogę są z pasa, którym będziemy się wtedy poruszać i nie będziemy musieli łamać przepisów przejeżdżając podwójną ciągłą. Poza tym z tej strony stoją czasami znaki zakazu wjazdu.

     Myśmy samochodem na stary odcinek drogi wjechali niedaleko Seixal i przejeżdżając dwa tunele wspięliśmy się bardzo ostrym podjazdem wysoko w górę. Droga w pewnym momencie skończyła się przy paru domach - miejscowi byli poruszeni naszą wizytą, widocznie niewielu ludzi tutaj dociera :-) Niestety ponieważ dalej jechać już się nie dało, byliśmy zmuszeni zawrócić. Natomiast na jednym z odcinków, gdzie droga była zamknięta dla ruchu samochodowego, urządziliśmy sobie spacer i przeszliśmy asfaltem dość spory kawałek. Idąc starałem się sobie wyobrazić wymijające się na tej drodze autobusy ... i jakoś ciężko mi było ogarnąć ten temat :-) Jeślii tylko lubicie takie klimaty, to gorąco polecam spacer starą drogą ER 101. Dziś żałuję, że nie poświęciliśmy nawet całego dnia na przejście jej wszystkich odcinków.


Seixal ze starej drogi ER 101.

     Kiedy jednego przedpołudnia niebo zapłakało nad Maderą, postanowiliśmy odwiedzić jaskinie, którymi tak głośno reklamuje się São Vicente. Z założenia miał to być dobry pomysl, bo kiedy aura nie sprzyja na zewnątrz, może pod ziemią będzie lepiej. Grutas de São Vicente (Jaskinie Świętego Wincentego) znajdują się w Centrum Wulkanicznym. Wjeżdżając do miasteczka od strony Porto Moniz należy skręcić na południe w drogę 104 w kierunku Ribeira Brava. Po jednym kilometrze powinniśmy, jadąc za znakami, trafić na niewielki parking, skąd, dalej już pieszo mostem nad drogą, dostaniemy się do kas. Przyjemność zwiedzenia grot kosztuje 8 euro. Na czele grupy idzie przewodnik, który w języku portugalskim oraz angielskim opowiada historię powstania lawowych jaskiń oraz inne ciakawostki związane z tym miejscem. Łącznie przechodzi się kilkaset metrów, podczas których możemy podziwiać wydrążone przez płynną lawę tunele oraz sztucznie wybudowane zbiorniki wodne.


Północne wybrzeże Madery.
     Decydując się na tę atrakcję liczyłem na klimat zamierzchłych czasów, tchnienie historii oraz galop wyobraźni. Skończyło się na truchcie. Niestety, ale zamontowane sztuczne oświetlenie oraz płynąca z głośników, zupełnie nie pasująca do miejsca, muzyka, przepędziły pozytywne wrażenia. Zamiast klimatu jest komercja.

     Po zwiedzeniu grot grupa może zobaczyć zrealizowany w gablocie pokaz wybuchu sztucznego wulkanu oraz pooglądać na ścianach zdjęcia oraz rysunki związane z wulkaniczną przeszłością wyspy. Ogląda się też dwa krótkie filmy, w tym jeden 3D w technologii anaglifowej. Podsumowując Grutas de São Vicente - jeśli mamy czas, lubimy tego typu atrakcje lub działalność wulkaniczna to nasze hobby i interesujemy sie każdym szczegółem - może nam się tutaj spodobać. W przeciwnym wypadku zwyczajnie szkoda tych 8 euro, ponieważ nie ma tu nic efektownego, a szukający klimatu będą rozczarowani. Jeśli jednak Was nie zniechęciłem to podpowiem, że w jaskiniach jest dość ciepło i jeśli tylko nie jesteśmy zmarźluchami, nie ma potrzeby brania ciepłych kurtek. Możecie być nawet w samym krótkim rękawku, ponieważ temperatura wewnątrz jest stała niezależnie od pory roku. Przejścia są tak zrealizowane, że możemy też iść w zwykłych sandałach a nawet klapkach... Latarki są zbędne.


Grutas de São Vicente.

     Na koniec opisu wycieczki po części zachodniej Madery chciałbym zwrócić uwagę, że chociaż o tym nie wspominam, to właściwie w większości miasteczek, przez które przejeżdżamy, warto się chociaż na chwilę zatrzymać i bliżej je poznać. Każde z nich ma coś unikalnego; jakiś kościółek, stare miasto, ciekawa knajpka, sklepy, czy mały deptak często potrafią być bardzo ciekawe. Nawet zwykła ulica potrafi być interesująca. Warto porozglądać się i zobaczyć, jak żyją ludzie w różnych częściach wyspy, popodglądać rybaków przy pracy, przyjrzeć się plantacjom bananów czy winogron, które rosną praktycznie w każdym wolnym miejscu przy domach czy też wejść wyżej na tarasy wykute w zboczach gór i samemu zobaczyć, jak wygląda końcowy etap nawadniania upraw wodą z levad. Wyspa pod tym kątem jest naprawdę warta poznania.


Wróć Dalej