• Parę słów wstępu

Madera
 • Madera w zarysie
 • Zachód wyspy
 • Część centralna. Funchal
 • Na wschodzie

Porto Santo
 • Garść informacji o wyspie

• Galeria


• Księga Gości i komentarze
• Strona Główna

(c) xaltuton 2011
MADERA

Część centralna. Funchal.




Widok z punktu widokowego na Pico do Areeiro (1818 m.n.p.m.) w kierunku Orlej Skały.

     Część centralna Madery to przede wszystkim dwie atrakcje - Curral das Feiras oraz najwyższe szczyty wyspy: trzeci co do wysokości Pico do Areeiro (1818 m.n.p.m.), Pico do Torres (1851 m.n.p.m.) oraz najwyższy Pico Ruivo ze swoimi 1862 metrami n.p.m. Na południu zaś wyspy znajduje się ponad stutysięczna stolica wyspy - Funchal. Pomimo jednak, że Funchal odwiedziliśmy parokrotnie, nie zostaliśmy w żaden sposób oczarowani tym miastem. Ale o tym potem.


Droga dojazdowa do szczytu.
     Żeby wejść na dach Madery, mamy w zasadzie trzy możliwości. Pierwsza to dostanie się na północny-wschód wyspy do miasteczka Santana i stamtąd drogą do Achada do Teixeria na wysokość 1592 m.n.p.m. W Achada do Teixeria zaczyna się szlak na Pico Ruivo. Wg mapy jest to jednak trasa o wiele krótsza, a ponieważ na górskie wędrówki chcieliśmy poświęcić cały dzień, a i atrakcyjność drugiego szlaku (z Pico do Areeiro) wydała nam się większa, postanowiliśmy wybrać dłuższą i, jak nam się wydaje, chyba ciekawszą drogę. Trzecią możliwością jest szlak z Boca Encumeada, ale nie oferuje on przejścia od razu przez trzy najwyższe szczyty wyspy.


Widok z Pico do Areeiro.

    W celu zdobycia Pico Ruivo z rana udaliśmy się do Funchal, a potem drogą nr 103 w kierunku rozjazdu dróg w Poiso. Na z rozmachem, jak na góry, zrobionym rozjeździe trzeba skręcić w lewo na drogę nr 202 i po paru kilometrach ciągłej jazdy pod górę dojedziemy do Pico do Areeiro. Znajduje się tutaj duży parking (jak zwykle darmowy w tego typu miejscach), gdzie musimy pożegnać się z autem - dalej już się jechać nie da. Na parkingu może panować spory ruch, ponieważ zajeżdżają tam też autokary. Przed 11 rano zaczynało już brakowć miejsc do zaparkowania, ale biorąc pod uwagę fakt, że na wychodzący stąd szlak nie decyduje się zbyt wielu ludzi, to rotacja samochodów jest dość duża. Wystarczy więc chwilę zaczekać, aż zwolni się miejsce.


Fragment szlaku.

     Szlak w obie strony to odległość 12-14 km. (różnica wynika z tego, którą drogę w trakcie wędrówki wybierzemy), a czas przebycia szacowany jest na 6-7h. Nam przejście w obie strony zabrało ponad 6h., więc proponuję wziąć ze sobą coś ciepłego i przeciwdeszczowego, bo pogoda w górach przez tyle godzin może się gwałtowanie zmienić. Podczas wędrówki mieliśmy przez większą część czasu słońce i temperaturę około 18 stopni C., a mimo to miejscami wiał dość zimny wiatr. Konieczne jest też obuwie sięgające poza kostkę, przyda się również jakaś mała latarka oraz nieco kondycji. Szlak jest bardzo dobrze zabezpieczony linkami rozpiętymi pomiędzy słupkami (zdjęcia obok), a w miejscach szczególnie stromych są ułożone nawet schodki z kamieni... nie ma klamr, łańcuchów itp. rzeczy, ponieważ w zbudowanie ścieżki włożono dużo wysiłku po to, żeby nie trzeba było tego robić.


Pomimo stromizm jest bezpiecznie.
Chyba, że coś spadnie nam na głowę :-)

     Ten dzień był szczególny. Pomimo dużego wysiłku włożonego w pokonanie trasy, zostaliśmy wynagrodzeni pięknymi widokami oraz wspomnieniami na całe życie :-) Miejscami przypominały nam się wręcz Pireneje... Niech Was tylko nie zwiedzie niewielka różnica wysokości pomiędzy Pico do Areeiro, na który wjedziemy samochodem, a Pico Ruivo, ponieważ aby przejść z jedego szczytu na drugi, będziemy zmuszeni do wielokrotnego maszerowania w dół i ponownego wspinania się na utraconą wysokość. Ścieżki zrobione są bardzo malowniczo, często powykuwano je w pionowych ścianach oraz poprowadzono w krótkich tunelach (ten najdłuższy da się przejść bez latarki, chociaż trzeba będzie bardzo patrzeć pod nogi). W pewnym momencie na szlaku droga się rozdwaja i będziemy musieli podjąć decyzję, czy idziemy dłuższym odcinkiem w prawo (4.8 km.) czy krótszym w lewo (3.4 km.). Po chwili namysłu zdecydowaliśmy się pójść trasą krótszą, a dłuższą wybrać w drodze powrotnej. Z perspektywy czasu oceniam decyzję na właściwą. Droga w prawo jest nie tylko dłuższa o prawie półtora kilometra, ale bardziej męcząca w kierunku na Pico Ruivo. Tunele znajdziemy na krótszym odcinku.


Czasami warto się po prostu odwrócić i spojrzeć na szlak, którym właśnie szliśmy...

     Przed samym szczytem jest budynek, gdzie możemy chwilę odpocząć przed ostatnimi 20 minutami wspinaczki. Zdaje się, że można tam również coś kupić do picia i jedzenia. Jest to także miejsce spotkania szlaku prowadzącego z Achada do Teixeira, dlatego też natykamy się na więcej nieco ludzi... Odchodzi stąd również szlak do przełęczy Boca Encumeada - wbita tabliczka informuje o ponad 11 kilometrowej odległości. Chętnie bym poszedł w tym kierunku, ale to w tym momencie jest oczywiście niemożliwe; niemniej szlak zapowiadał się bardzo ciekawie i gdyby tylko było więcej czasu (oraz nasz samochód dostał skrzydeł i przeleciał w inne miejsce), to byśmy pewnie wrócili tą właśnie drogą. Ale jeśli tylko ktoś szedł tamtędy, to poproszę o maila z wrażeniami...


I już panorama z najwyższego szczytu Madery Pico Ruivo (1862 m.n.p.m.) w kierunku pólnocno-wschodniego wybrzeża.

     Sam szczyt Pico Ruivo jest szczytem dość rozłożystym, ułożono tam nawet z kamieni duże tarasy widokowe, więc jest bardzo cywilizowanie. Widoki są zacne, satysfakcja duża, więc wszystkim dopisywały humory. Ale nic nie jest wieczne, więc po pewnym czasie, kiedy tylko złapaliśmy drugi oddech i zakończyliśmy ucztę, ruszyliśmy w drogę powrotną. Trzeba było też trochę się śpieszyć, bo przecież mieliśmy wracać dłuższym odcinkiem szlaku.


I znów na szlaku.

     Do samochodu wróciliśmy ze szlaku jako jedni z ostatnich. Muszę przyznać, że ostatnia godzina marszu była dość męcząca (od punktu, gdzie obie drogi się spotykają, w kierunku na Pico do Areeiro jest praktycznie cały czas pod górę, momentami nawet bardzo stromo), dlatego samochód na parkingu przywitaliśmy jak dobrego przyjaciela... Tej nocy spało nam się wyśmienicie.

     Trasa poprzez 3 najwyższe szczyty Madery jest świetną odmianą dla zakupów w Funchal i kąpieli w hotelowym basenie. Widzieliśmy starszych ludzi, którzy wchodzili na początek szlaku, szli powoli do pierwszego punktu widokowego i wracali, więc nawet leniwi czy też bojący się gór mogą spróbować zejść kawałek i poczuć klimat chodzenia po górach - tym bardziej, że szlak ten przez wielu uważany jest za najpiękniejszy na wyspie. I trudno się z tym nie zgodzić - w każdym bądź razie my uważamy go za żelazny punkt w wycieczkach po Maderze. W drodze powrotnej warto zregenerować siły i zatrzymać się w Poiso - w miejscowej restauracji serwują świetną espadę ze smażonym bananem oraz ogromną espatadę. Polecamy.


Curral das Freiras z Eira do Serrado, czyli Schronienie Zakonnic.

     Innym ciekawym miejscem w centralnej części wyspy jest Curral das Freiras - Schronienie Zakonnic. Historia tego miejsca sięga roku 1566, kiedy to uciekając przed piratami miejscowe mniszki dotarły do doliny w głębi wyspy i tu, z racji jej dużego odosobnienia, znalazły schronienie. Aby zobaczyć dolinę w całości, musimy udać się na punkt widokowy. Zdjęcia z tego punktu są jednymi z najczęściej umieszczanych na pocztówkach z Madery. Aby się tam dostać, z Funchal powinniśmy wjechać na drogę nr 107 - jest to jedyna właściwa droga. Dojeżdżając do celu radzę uważnie patrzeć na znaki... my zagadani jechaliśmy i jechaliśmy aż dojechaliśmy do końca drogi i trzeba było zawracać. Przy tym znaki prowadzą na Curral das Freiras - a to nie jest taras widokowy! (chociaż i tak warto tam zajechać - uwaga: może być problem z zaparkowaniem w centrum!). Ale żeby dostać się dokładnie na miejsce z widokówek, należy skręcić na Eira do Serrado. Jest tam duży parking (darmowy) i sklep (nie darmowy). Na skalną półkę, z której będziemy mogli na własne oczy ujrzeć widok z pocztówek, musimy podejść kawałek piechotą... Oczywistością jest, że tak promowane miejsce jest tłocznie odwiedzane, więc w sezonie na krętej drodze napotkacie zapewne spory ruch. Na początku października było bardzo przyzwoicie, wręcz pustawo, chociaż w samym Curral das Freiras spotkaliśmy już sporo ludzi - ale może dlatego, że w centrum jest kościółek, w którym akurat odbywała się msza - a my przecież byliśmy w niedzielę.


Funchal.

     Zostawmy jednak Curral das Freiras zakonnicom żyjącym w odosobnieniu i przenieśmy się do najbardziej zatłoczonego na całej Maderze miejsca, czyli do jej stolicy Funchal. Jeśli wierzyć przewodnikom, aż 80% turystów nie wyjeżdża poza swój hotel i Funchal. Teoretycznie mogłoby to świadczyć o wspaniałości miasta zapewniającego wszystko, czego tylko potrzebuje spragniony wrażeń turysta. Daleki byłem co prawda od takiego myślenia, ale mimo wszystko liczyłem na to, że miasto mnie zaskoczy czymś wspaniałym...


Dość oryginalnie.

     Hmmm... może się w tym miejcu narażę tym 80%, ale niestety nie zaskoczyło, a wręcz rozczarowało. Pierwszy nasz kontakt z Funchal miał miejsce wtedy, kiedy kóregoś dnia, przejeżdżając wyspę i myląc drogi, wjechaliśmy przypadkowo do jego centrum. Ponieważ na ten dzień mieliśmy już inne plany, to szybko uciekaliśmy z korków. Ale wtedy wrażenie było mimo wszystko pozytywne, dlatego planowaliśmy powrót... który nastąpił po koniec naszego pobytu na wyspie. Być może to był nasz błąd. Otóż stolicę zostawiliśmy sobie na koniec przynajmniej z dwóch powodów. Pierwszy to pogoda, która mogła przecież w każdej chwili zawieść, więc staraliśmy się ją, póki była świetna, wykorzystać na poznanie wyspy. Drugi powód był bardziej prozaiczny - w Funchal chcieliśmy kupić parę pamiątek naszym krewnym i znajomym, więc logicznym się wydawało zostawienie poznania miasta na sam koniec pobytu. Taka decyzja jednak nie była chyba najlepszym pomysłem, ponieważ nastąpił efekt domina. Po wspaniałych wrażeniach wyniesionych z wyjazdów w głąb wyspy, miasto nie mogło nam już nic atrakcyjnego zaoferować. Dysponuje ono co prawdą pewną odmiennością i lokalnymi atrakcjami, ale wypadły one bardzo blado w porównaniu do tego, co zobaczyliśmy wcześniej. Szczerze przyznam się, że w pewnym momencie odniosłem wrażenie, iż marnujemy czas... tym bardziej, że z pewnych przyczyn w Funchal byliśmy parę razy. Może, gdybyśmy postąpili jak zalecał przewodnik, czyli zaczęli poznawanie Madery od jej stolicy, wrażenia byłyby zgoła inne. Ale cóż, stało się, jak się stało i nie nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem - Wam jednak sugerujemy przygodę z Maderą od poznania Funchal.


Nadmorski spacerniak.

     W Funchal nasze plany obejmowały przede wszystkim wjazd kolejką linową na Monte oraz zjazd taboganami, czyli dwie bardzo reklamowane i popularne atrakcje w mieście. Stacja kolejki jest w centrum przy samym nabrzeżu, wjazd kosztuje 10 euro od osoby. Do kasy stała mała, paroosobowa kolejka, więc dzikich tłumów, jakby można było się spodziewać po "ekstra" atrakcji, nie widzieliśmy. Małym wagonikiem podróż trwa kilkanaście minut i dociera się na wysokość 550 m.n.p.m. Przyśpieszonego bicia serca raczej nie uświadczyliśmy. Kolejka wolno przesuwa się nad domami w Funchal i możemy pooglądać sobie z góry syf i graciarnie, jakie ludzie często mają na swoich podwórkach i tarasach. Do połowy trasy wieje nudą, potem już jest nieco lepiej, bo pojawia się panorama miasta, ale do okrzyków zachwytu mimo wszystko nie doszło. W pewnym momencie spostrzegamy też pożar na okolicznych wzgórzach... Po opuszczeniu wagonika można sobie śmiało zadać pytanie, po co nam to było i czy nie lepiej za 10 euro zjeść sobie porządny, regionalny posiłek. Ok, ale jak macie małe dzieci albo nigdy nie jeździliście takimi kolejkami, to może będziecie zadowoleni.


Pożar.

     Na górze jest jeszcze jedna, krótsza kolejka prowadząca do Jardim Botanico, ale ze zrozumiałych względów niezbyt nas zainteresowała... Na górze do zwiedzenia jest ogród botaniczny Monte Palace Tropical Garden (w ogóle w Funchal jest wiele ogrodów tego typu), ale ponieważ październik nie jest optymalnym miesiącem do zapoznawania się z fauną ogrodów Madery, to zrezygnowaliśmy bez żalu z ich opłacania. Ale turyści-botanicy powinni być wniebowzięci. Idąc w lewo od stacji kolejki linowej, szybko docieramy do mającego długą historię kościoła w Monte, a po pewnym czasie w nim spędzonym, schodzimy do postoju taboganów mieszczącego się u jego podnóża. To ma być kolejna wielka atrakcja Funchal i w ogóle chyba całej Madery.


Tabogan z przypadkowymi turystami.

     Tabogany to, krótko rzecz ujmując, sanie, które poruszane są siłą mięśni ludzi pchających je przez 2 kilometry w dół. Do pchania każdego taboganu staje dwóch facetów ubranych na biało i w specjalnych butach podbitych od spodu grubą gumą - to ma zapowiadać szybką jazdę pełną ostro pokonywanych zakrętów. Żeby nie przedłużać - o ile podróż kolejką linową można komuś jednak polecić, o tyle podróż taboganami odradzam każdemu! Po pierwsze cena - za jedną osobę jest to 25 euro, dwie osoby to koszt 30 euro, a 3 osoby kosztują 45 euro. Więcej ludzi do kosza nie wejdzie. Parę lat temu przejazd kosztował niecałe 10 euro od osoby, a trasa byla dwa razy dłuższa (nasz zjazd trwał 7 minut). No cóż, ale po co się męczyć jak i tak znajdują się klienci... czego jesteśmy doskonałym przykładem :-) Facetowi w niebieskiej koszuli wyglądającemu jak alfons płacimy pieniądze i wsiadamy do sań - może szalona przejażdżka osłodzi gorycz ceny? Zaraz, czy ja napisałem szalona? Ona nie była nawet szybka.

Banany w przydomowym ogrodzie.
Część drogi sanie są zwyczajne pchane w tempie idącego człowieka, dodatkowo drogą od czasu do czasu potrafi przejechać samochód psując i tak kiepski zjazd. Trzeba jednak uczciwie przyznć, że większość trasy "taboganiarze" starają się jednak biec i probują podnieść poziom adrenaliny zarzucając saniami na boki, ale to jest dobre dla pięciolatków i mój poziom hormonu pozostał na niezmienionym poziomie. Szczerze mowiąc większe emocje daje chyba zjazd zwykłymi zimowymi sankami z dziesięciometrowej górki pod blokiem. Tabogany w Monte to "atrakcja" totalnie niewarta swojej ceny i nie zawaham się napisać - jest to zwykłe wyrzucenie pieniędzy w błoto.

     Meta zjazdu jest dość daleko od wybrzeża, więc czeka nas około 20-30 minut marszu do centrum. Będziemy jeszcze nagabywani do zakupu, za jedyne 10 euro, fotografii zrobionej gdzieś po drodze i przedstawiającej nasze nieskrywane emocje przeżywane podczas zjazdu taboganem. Po grzecznej odmowie pan był bardzo niezadowolony - popełniliśmy faux pas czy chodziło tylko o to, żeby nas naciagnąć na kolejną kwotę?


Październikowe kwiaty.

     Idąc w dół wąskimi uliczkami miasta można z bliska się przyjrzeć domom mieszkańców Funchal oraz ich wystrojowi - bardzo często poprzez kraty bram zobaczymy ogromny nieporządek i bałagan, zwłaszcza w górnej części miasta. O ile niektóre domy nie widziały remontu od niepamiętnych czasów, o tyle mieszkańcy Madery najwidoczniej bardzo kochają kwiaty, gdyż nawet o tej porze na wielu podwórkach widzimy ich spore ilości przyozdabiające stare mury, a przy niektórych, bogatszych chyba, domach potrafi ich być szczególnie dużo. Wyobrażam sobie, jak to wszystko wygląda wiosną... nie mam wątpliwości, że Madera to wyspa kwiatów.

     Będąc już w Funchal warto się przespacerować, paroma dosłownie, uliczkami Starego Miasta, chociaż nie będzie to nic porywającego ani wielkiego. Na uliczkach wystawionych było dużo stolików i parasoli, ale rzadko ktoś przy nich siedział... jeśli więc zależy nam na liczniejszym towarzystwie, knajpek szukajmy w centrum miasta bliżej portu. Na jednej z uliczek zamówiliśmy półitrowe piwo (3.5 euro) oraz niezłą pizzę z kurczakiem (9 euro). To była już nasza druga pizza na Maderze i druga bardzo smaczna.

Funchal to stolica na wzgórzach.

Co do piwa, to piwo Coral panuje tutaj niepodzielnie do tego stopnia, że niektóre knajpki nie mają nawet żadnego innego browaru do wyboru. Piłem w życiu lepsze piwa, ale te też ujdzie; najlepsze jest bardzo mocno schłodzone i pite po całym dniu przebywania na słońcu :-) Natomiast nie smakowały nam miejscowe maderskie wina. Osobiście w smaku przypominały mi nieco tanie polskie wina. Próbowaliśmy nawet takiego 10-letniego trunku i również niespecjalnie nam smakował. Uważam, że maderskie wina są przereklamowane. Za to niezłe mają likiery i poncza - po wielu degustacjach najlepszy okazał się likier bananowy oraz poncz zrobiony z rumu, miodu, limonki oraz tropikalnych owoców. Jeśli chodzi o mocny alkohol, to w spotkanych sklepach monopolowych nie widzieliśmy żadnych wódek, a jedynie whisky i to w niewielkich ilościach. Królują głównie słabsze alkohole - wina, likiery itp. Jeśli chcielibyśmy jakiś kupić do domu, to taniej znajdziemy go w Funchal w zwykłym, większym markecie niż typowo monopolowym sklepie. Różnica może wynosić nawet parę euro. Niektóre alkohole mają swoje odpowiedniki w plastikowych butelkach, co może być cenną informacją dla walczących o każdy kilogram bagażu (przy okazji informacja - na lotnisku jest waga, gdzie za 1 euro możemy zważyć swój bagaż; swoją drogą nasza jedna walizka ważyła 24 kg i musieliśmy w trybie ekspresowym przepakowywać się przed odprawą (dopłata wynosi 8 euro za każdy kilogram nadbagażu)).


Targ owocowy w Funchal.

     Godnym polecenia miejscem w Funchal jest miejscowy targ owocowo-warzywny - Mercado dos Lavradores. W każdy piątek rolnicy zwożą swoje zbiory i to właśnie w ten dzień najlepiej tam pojść. Targ znajduje się w centrum miasta, na południe od Rua de Carlos I. Na dwóch poziomach budynku możemy zaopatrzyć się w smaczne owoce. Dobre jest to, że wiele owoców przed zakupem możemy spróbować - tak jest między innymi z przepyszną maracują, którą tutaj sprzedają w wielu różnych odmianach i smakach (podobno jest ich aż osiem) Znaleźliśmy tu też sporo owoców, o których istnieniu nawet wcześniej nie słyszeliśmy :-) Nawet miejscowe pomarańcze czy ananasy smakują inaczej i są o wiele lepsze niż w Polsce. W jednym z programów "Boso przez świat" Wojciech Cejrowski powiedział, że banany sprzedawane w Europie to są banany pastewne, gdzie w kraju ich pochodzenia używa się ich najczęściej jako dodatek do paszy dla zwierząt, ale że są tanie i spełniają normy unijne, więc się je sprowadza na stary kontynent. A że smakują gorzej...? Maderskie banany niestety są krótsze i mocniej wygięte, więc tych norm nie spełniają i w Unii Europejskiej sprzedawane być nie mogą. Chociaż w hotelu serwowano nam je codziennie, to na targu kupiliśmy banany nieco inne, nazwane przez sprzedawcę "silver". Rozpływały się po prostu w ustach i dziś już wiem, co miał na myśli Cejrowski mówiąc o smaku prawdziwego banana. Robiąc zakupy radzę jednak być ostrożnym - jeden ze sprzedawców probował nas oszukać, chcąc sprzedać nam 70-dekagramowy owoc anona za 12 euro, kiedy obok na innym stoisku kilogram kosztował 5.5 euro. Najlepiej więc na początku zrobić rozeznanie w cenach i dopiero potem kupować.


W centrum.

     Rynek nie jest wielki, ale i tak wyszliśmy stamtąd chudsi o ponad 30 euro. Z tyłu znajduje się też targ rybny, ale z oczywistych względów nie interesował nas zakup świeżej ryby, więc tylko rzuciliśmy okiem na to co tam sprzedają. Jest to dobre miejsce do przyjrzenia się espadzie i wielu innym gatunkom ryb, niektórym wyglądających bardzo kolorowo i egzotycznie. Jeśli jesteście bardziej zainteresowani rybnym tematem, sugeruję zajść tam nieco wcześniej, albowiem o dwunastej hala była już w większości pusta.

     W Funchal spędziliśmy wiele godzin przechadzając się uliczkami i niestety miasto nie urzekło nas klimatem. Nawet malutkie Stare Miasto go nie miało, stąd też stolica Madery nie wywarła na nas żadnego większego wrażenia. Brakuje jej tego "czegoś", dlatego niestety nie jest to miasto, które przyciąga z powrotem to siebie.


Wróć Dalej